Kocham moje życie. Gdybym kiedykolwiek stanęła przed wyzwaniem spisania swojego scenariusza na nowo, niewiele bym w nim zmieniła…prawie nic. Fantastyczny Mąż, ukochane Dzieci, Dom tętniący życiem i praca, która daje mi ogromną satysfakcję. I wiecie, ogólnie rzecz ujmując jest fantastycznie a jednak zdarzają się chwile, w których mam poczucie totalnego pędu i chaosu.

Nawet w najlepszej pracy zdarzają się trudne projekty. Kiedy moja „wizja” mija się z koncepcją realizatorów, gonią mnie terminy a wszystko idzie jak „pod górkę”…Po 12 godzinach nagrań wracam wówczas do domu, a tam czeka na mnie proza życia: zaległe wiadomości, lekcje Dzieci, gotowanie na kolejny dzień i przy najlepszych wiatrach jakieś 3 godziny snu przed kolejnymi nagraniami;) Działam wówczas jak w biegu przez sen – niby pędzę z całej siły a jednak bez efektu. Dokładnie tak czułam się w okolicach sierpnia. Pracując w trybie 20/24, czekałam na wspólny wyjazd jak na zbawienie. W trakcie wakacji było jak w raju. Greckie smakowanie życia, delektowanie się chwilą i niespieszność bardzo mi imponowały, a ja w końcu zaczęłam oddychać pełną piersią…W dniu powrotu jednak znowu zaczęła ogarniać mnie niewytłumaczalna obawa. W Polsce czekał kolejny maraton nowych wyzwań: szkoła Wiktora, kluczowe spotkania, ważny casting i cała lista spraw na „już”! I kiedy w drodze powrotnej cały samolot smacznie sobie spał… ja układałam w głowie punkt po punkcie, co muszę wykonać w kolejnych dniach a nawet godzinach po wylądowaniu. Wtedy też przypomniała mi się żartobliwa anegdota mojej przyjaciółki – psycholog: Spotkała Ona kiedyś człowieka, który miał depresję. Nie pomagały mu terapie, więc postanowił odmienić swoje życie. Wyjechał za granicę. Wrócił po dwóch latach rozczarowany i mówi: „Tam jest tak samo. Bo gdziekolwiek pojadę, zawożę tam siebie”. „O nie! Nie pozwolę znowu wpędzić się w ten sam pęd!” – postanowiłam. Podświadomie od dawna czułam, że mam problem z organizacją. Niby w pracy wykonuję 120% normy a jednak od jakiegoś czasu zapominam o sobie, o codziennych przyjemnościach, o chwilach które przynoszą mi radość i dodają energii. Po powrocie jak za dotknięciem magicznej różdżki dzień po dniu odkrywałam i przypominałam sobie o niezwykłych zwyczajach, które stały się dla mnie impulsem do wielkiej zmiany.

Odnalezione Poranki…

Pamiętam jak w jeden z upalnych dni lata trafiłam do miejsca, gdzie odbywała się fantastyczna inicjatywa „Śniadania na trawie” – impreza na którą przychodzą tłumy ludzi chcących posiedzieć wśród zieleni, zjeść spokojnie posiłek, porozmawiać, poobserwować świat. Przypomniały mi się moje niespieszne poranki, kiedy Dzieci nie chodziły jeszcze do szkół i przedszkoli. Wstawałam wówczas wcześniej aby wypić spokojnie kawę i poczytać codzienną prasę. Uwielbiałam ten luksus, który w ciągu lat zamieniał się właściwie niewiadomo kiedy w ciągłą gonitwę pomiędzy przygotowywaniem śniadania a kompletowanie ubrań. Tymczasem cudowne w moich niespiesznych porankach było to, że miałam w nich czas tylko dla siebie, na usłyszenie własnych myśli i spokojne przebudzenie. Owocny moment udanego poranka, zawsze przechodził w zorganizowany i udany dzień. Postanowiłam na nowo wcielić w życie te chwile…Rano znowu poczułam się wolna!

Randki…

Od dobrych pięciu lat namawiałam Piotra aby porzucił etat i założył własną działalność. Jest specjalistą w swojej branży i pasjonatem swojej dziedziny, posiada ogromną wiedzę i przede wszystkim lubi, to co robi. Te wszystkie cechy, odpowiadają za sukces każdej działalności i w tym wypadku byłam również pewna zwycięstwa! Chciałam także aby Piotr miał więcej czasu dla nas i sam decydował o swoim planie dnia, liczyłam na częstsze wypady do kina i wspólne wyjście na siłownię… I kiedy w końcu pół roku temu doczekałam się tego momentu…nie uwierzycie!!! Właściwie nic się nie zmieniło…Wciąż jest zabiegany i pracuje po kilkanaście godzin dziennie. Rozczarowana opowiadałam o tym jednej z moich koleżanek. Ta podsunęła mi świetny pomysł! Otóż moja koleżanka wraz ze swoim partnerem zawarli umowę na wspólne randki codziennie o tej samej porze w ulubionej kawiarni: Z dala od obowiązków domowych, pracy i problemów. Spotykają się po pracy aby spędzić ze sobą moment „sam na sam” i w spokoju porozmawiać o wszystkich pozytywnych sprawach, które się im przytrafiły. Pół godziny tylko dla Nich. Randki to taki banał, ale szalenie ważny szczególnie po kilkunastu latach stażu małżeńskiego. Uśmiech, przytulenie, bycie dla siebie tu i teraz niby niewiele a tak wiele znaczy. Wypróbowałam. Polecam!

Offline…

Bycie blogerem to takie zajęcie, które zaczyna się od powołania. Mawia się, że „bloger to nie zawód, to styl życia”. Mam podobne odczucia i pewność, że moja praca nigdy tak naprawdę się nie kończy, wszak nie ma takiego momentu w którym jestem „po godzinach” albo na „L-4”. Próbowałam różnych systemów ale one do końca się niestety nie sprawdzają…W byciu blogerem dochodzi jeszcze jeden mocny element jakim jest bezsprzecznie „wena twórcza”.  Ta dopada bardzo różnie, podstępnie i nigdy do końca nie wiadomo kiedy;) A ponadto: multizadaniowość i poczucie, że nikt nas nie zastąpi, nikt nam nie pomoże, nikt nie zrobi lepiej. Tymczasem tak się nie da! Potrzebujemy czasu na pracę i na odpoczynek, one nie mogą się wzajemnie zjadać.  Wybrałam więc niedzielę i najzwyczajniej w życiu wyłączam telefon, nie podchodzę do laptopa. Jest to tylko nasz rodzinny dzień i nasz moment na bycie wspólnie razem. Doładowanie akumulatorów i beztroski czas wygłupów, totalnie offline!

Życie to ogromna i trudna sztuka codziennych wyborów, jednak to codzienność definiuje jakość całokształtu. Okazuje się, że większość spraw może poczekać godzinę a nawet dwie.. Ile jest tak naprawdę rzeczy których nie możemy odłożyć? Otóż życia nie można odłożyć, śniadania, kochania…

Momentów, które dają nam szczęście zwyczajnie nie warto odkładać…

*Za inspirację do Mieszankowych Momentów, dziękuję marce Wawel i pysznej Mieszance Krakowskiej, przy której spędzamy niejeden pyszny moment w ciągu dnia.