Wyjechać na wieś. Mieć swój dom z dala od miejskiego zgiełku, blisko natury, a w nim ty: nie na weekend po pokonaniu korków, nie na miesiąc i wyszarpany urlop w lecie. Tylko na stałe! Wyobraź sobie poranną, niespieszną kawę na tarasie z widokiem na łąki. Ogród, a w nim ukochane psy, szczęśliwe i swobodne. To w lecie, zimą natomiast ciepły kominek, kulig z pochodniami i ciepła czekolada. Dzielisz czas na pichcenie smakołyków i życie rodzinne na tej wsi spokojnej i wesołej…Brzmi jak idylla? Bo trochę nią jest ale takie pomysły kończą się zazwyczaj na etapie marzeń….

Nic tak nie budzi zainteresowania moich odbiorców jak publikacje z Siedliska LadyoftheHouse. Śledziliście z zapartym tchem remont ponad stu-letniego domu. O metamorfozach jego poszczególnych pomieszczeń pisały niemalże wszystkie magazyny i portale wnętrzarskie. Najchętniej odwzorowane przepisy kulinarne, to te z siedliskowej kuchni. A każda relacja z łąki, z widokiem na pastwisko lub z siedliskowymi końmi biegającymi po parkurze budzi zawsze największe zainteresowanie. Kiedyś jedna z czytelniczek napisała:

“Siedzę właśnie w swoich warszawskich, betonowych ścianach. Nowe osiedle, niby piękne i  zadbane ale nie uświadczysz tu grama życia. Nie do wiary, że dzieli nas zaledwie godzina drogi. Dziękuję za te publikacje. Przypomniały mi, że mamy lato”.

Tęsknota za naturą i wolnością jest w nas wszystkich. Niesamowite jak człowiek potrafi odpocząć z dala od szumu miasta. Duże skupiska ludzi to taka zupa energetyczna, w której gotuje się wszystko: nasze myśli, pilne sprawy do załatwienia, nasze lęki, obawy, ciągłe napięcia. Chcąc nie chcąc wzajemnie się tym nasączamy. Czytałam ostatnio o badaniach, w których udowodniono i jednoznacznie wskazano, że pacjenci po operacjach, znacznie szybciej się regenerują w otoczeniu przyrody. Co tylko dowodzi, że biologicznie i fizycznie potrzebujemy kontaktu z naturą. Codzienność w mieście jest równoznaczna z nadmiarem bodźców. Nasze myśli uciekają pomiędzy rolami, którym staramy się sprostać. Nie jesteśmy “w sobie”. Tylko stale gdzieś indziej. Pewnie to doskonale znacie: jedziesz samochodem, dojeżdżasz na miejsce i orientujesz się, że nie pamiętasz nic z całej drogi, ani skrzyżowań, ani zakrętów. Nie ma spójności między ciałem i myślą. Przypomniała mi się tutaj rozmowa z Zygmuntem Baumanem, który trafnie opisuje współczesne życie w wielkich miastach:

“Każdy by chciał pracować 500 m od domu. Chodzić do pracy pieszo, wpadać do domu na drugie śniadanie, po pracy uprawiać z dziećmi ogródek i razem gotować kolację. Ale z punktu widzenia PKB lepiej jest, jeżeli pracuje pan 50 km od domu. Wtedy masę czasu i pieniędzy pochłaniają dojazdy. Żywi się pan oczywiście na mieście. Na kolację zamawia pan pizzę, z dziećmi siedzi płatna opiekunka, ogródkiem musi się zajmować ogrodnik. A w dodatku chętnie bierze pan nadgodziny albo drugą pracę, bo wciąż brakuje panu na to wszystko pieniędzy. Może pan być nominalnie nieporównanie bogatszy, a faktycznie biedniejszy i dużo mniej szczęśliwy […] Kiedy  całe nasze życie zostanie sprowadzone do zarabiania i wydawania pieniędzy, staniemy się najbardziej nieszczęśliwymi, najbardziej samotnymi i absurdalnymi stworzeniami na świecie”.

Nasuwa się tutaj zasadnicze pytanie: Dlaczego my to sobie robimy? Dlaczego nie słuchamy swojego głosu rozsądku, który podpowiada co jest dla nas najlepsze. Ktoś nam kiedyś wmówił w dobie kapitalizmu, że tak jest fajnie i tak trzeba. Obserwuję znajomych bliższych i dalszych, także z różnych środowisk i widzę ten gen konkurencyjności. Chęć pokazania tego, że “oto i my jedziemy tym rozpędzonym pendolino”. Tymczasem ile znacie osób, które nie znoszą swojej pracy, ale nigdy z niej nie zrezygnują, bo do samej emerytury ciąży na nich kredyt? Pewnie conajmniej kilka. Gonimy za dobrami materialnymi – coraz droższymi, coraz wyrazistszymi, budując za ich pomocą wizerunek, prestiż. Jeden z socjologów nazwał to affluenzą – grypą dobrobytu. Rzeczy materialne nie przynoszą szczęścia, stanowią jedynie chwilowe załatanie dojmującej pustki.

Przypomina mi się tutaj jedna z ulubionych bajek, pewnie także ją oglądaliście: “Ratatuj”. Bohaterem filmu jest Remy – antropomorficzny szczur, który mieszka na wsi w szczurzej kolonii, jednak nie pasuje do swojej rodziny. Ma węch absolutny i niezwykle wyrafinowany smak, w związku z czym nie chce jeść odpadków jak inne szczury, tylko zaczyna łączyć smaki, tworząc nowe potrawy. Pewnego dnia szczurek Remy ląduje w wyjątkowej restauracji, serwującej najlepszą na świecie kuchnię francuską. Splot okoliczności sprawia, że to Remy gotuje danie, aby „uszczęśliwić” elitarnego krytyka kulinarnego. Tym daniem jest tytułowe ratatuj – czyli mało skomplikowana i “stara jak świat” potrawa. Okazuje się, że krytyk jest zachwycony najbardziej prostym daniem, które miał przyjemność, tam zjeść, bo jego smak przypomniał mu dzieciństwo. Historia przedstawiona w tej bajce, to bardzo wyraźny motyw, który coraz częściej obserwuję wśród otoczenia. Otóż jako ludzkość zataczamy koło. Rodzimy się w domu, gdzie rarytasem jest przysłowiowy “chleb ze smalcem”, potem dorastamy i wyruszamy w świat, zachwycamy się wszystkim co odległe i zdecydowanie odmienne od tego do czego przywykliśmy. Smakujemy ostrygi, pot-au-feu, owoce morza i oczywiście wytrawne wino. A kiedy wrócimy z powrotem do siebie, posmakowawszy tego i owego – stwierdzamy, że to ten smalec z domu rodzinnego, przygotowywany przez mamę, powinien trafić na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO. Bo w naszych oczach to jest taka wartość. Luksus jest pewnego rodzaju ułudą, jest pozorną nadzieją że obdaruje nas doświadczeniem i emocjami zgoła innymi od tych na których dorastaliśmy i z założenia będzie to rzeczywistość lepsza. Myślimy, że luksus będzie tym czymś, dla którego warto starać się ponad siły, warto brać nadgodziny i dłużej zostawać w pracy. A potem ku zdziwieniu, okazuje się, że to te proste rzeczy, są zdecydowanie bardziej wartościowe, że w życiu chodzi przede wszystkim o…życie! Sukcesem jest przeżyć je na własnych warunkach. Spędzać dnie z poczuciem uwielbienia do swojej codzienności. Z poczuciem, że się niczego nie przegapiło…

Nie wiem czy swoją  przyszłość spędzę na warmińskiej wsi, czy też w upalnej Toskanii. Ale wiem jedno: droga wolności, którą wybrałam zakładając blog, potem sklep, aż w końcu biuro projektowe były najlepszymi decyzjami w życiu. Możliwość robienia, tego co się w życiu kocha to prawdziwa frajda! Może to, co teraz napiszę wydawać się paradoksem, w końcu komunikuję się tutaj z tysiącami osób ale w pewnym momencie przyznałam także sama przed sobą, że jestem introwertyczką i nie potrzebuję zamieszania wokół siebie, które generuje miasto. Wręcz przeciwnie kocham swoją codzienną rutynę i najlepiej czuję się w gronie najbliższych sobie osób. Kocham swoje zwierzęta i zapach powietrza o poranku, ptasie koncerty, gody żab i miliony gwiazd widocznych na niebie. Dziś po prostu przyglądam się sobie z myślą: takiej cie nie znałam. A jednak wszystkie drogi prowadziły właśnie w to miejsce. Stale mam oczywiście wiele planów i dużo pracuję ale kocham ten swój spokój w sobie. I uczucie, że jest dokładnie tak jak być powinno.

Takiego lata Wam życzę! Bo wśród pól, jezior i lasów można w końcu usłyszeć siebie…

 

Z miłością LadyoftheHouse…

warmia

warmia-wies-siedlisko