Słoneczny majowy weekend. Jesteśmy w odwiedzinach u znajomych, którzy właśnie wprowadzili się do nowego mieszkania. Wszystko jest piękne. Podziwiam nowoczesne wnętrza, inteligencję budynku, kamerowane osiedle, kamerowany parking, video-domofon (genialne!) z którego nasi przyjaciele machają nam już od bramy! Siedzimy, rozmawiamy jest b.miło…dzieciaki roznosi energia więc proszą aby wyjść na podwórko. Wiktor chwyta za piłkę, Borys za hulajnogę. Po czasie postanawiamy pójść zobaczyć co u nich. Na osiedlu z ponad 1000 mieszkańców, ogromnym, przepięknym placem zabaw spotykamy pięcioro dzieci: dwójka z nich nieobecna w tabletach, za trzecim (wiek ok. 5 lat) krok w krok podąża mama: “Wojtusiu jesteś głodny?”, “Wojtusiu uważaj”, “Wojtusiu….coś tam” . Niby tak pięknie…a jednak smutno.

Pamiętam, że najbardziej nie lubiłam “być krową”! Chyba nikt nie chciał nią być! Zabawa polegała na tym, że jedna osoba stała z uniesionymi na wysokość ramion – rękami, a pozostali trzymali ją za palce imitujące krowie wymiona, chórem pytając: “Krowo, krowo, jakie dajesz mleko?” Na co krowa wymieniała: zielone, żółte, niebieskie…czerwone, a gdy powiedziała “czarne” uczestnicy zabawy zaczynali uciekać. Krowa zaś musiała ich łapać. Złapana osoba odtąd stała jak posąg w rozkroku a gdy ktoś chciał ją uratować, mógł przeczołgać się pod rozstawionymi nogami.

Lubiłam za to skakanie na gumie, grę w klasy (narysowaną patykiem na ziemi lub kredą na chodniku), trzepak, zabawę w “palanta” i dwa ognie! Wiosną i latem tworzyłam “sekreciki”, zwane też “widoczkami” – czyli kwiaty schowane pod szkiełkiem z rozbitej butelki. Raz skaleczyłam się takim szkłem dotkliwie! Krew ściekała mi kropla po kropelce przez całą klatkę schodową, zostawiając ślad na każdym schodku aż do trzeciego piętra. Mama o mało nie skonała z przerażenia! A ja nie czułam bólu i pewnie bym tak chodziłam po podwórku jeszcze długo, bo Asia z drugiej klatki powiedziała, że też tak kiedyś się jej zrobiło i że trzeba przytrzymać takim specjalnym listkiem, chyba z bzu. Nie pomogło. Wtedy dostałam pierwszą karę: “Żadnego wychodzenia i żadnej dobranocki”. Co chwilę do domu dzwonił więc domofon: “Wyjdziesz?” albo jeśli to nie ja odebrałam: “Proszę Pani a Gosia kiedy wyjdzie?”.

Miałam kolegę Rafała, tego od BMX’a co już Wam kiedyś wspominałam… Raz zorganizowaliśmy pogrzeb dla gołębia i on dziurawym trampkiem popchnął tego ptaszka w wykopany obok dół, potem zasypał piaskiem z piaskownicy a ja ułożyłam na wierzchu mlecze. Czuliśmy się trochę wszyscy winni, bo dzień wcześniej strzelaliśmy kolejno w drzewo z procy Rafała i ja też kilka razy chciałam spróbować…

Zbierałam karteczki z notesików i wierzyłam w nadprzyrodzoną moc plastikowego serduszka, pierwszego w historii gratisu, dołączonego do dezodorantu “Fa“. Inni też kolekcjonowali różne widokówki czy pocztówki ze zwierzętami. Potem się wymienialiśmy i tak za jedną okładkę z notesiku, można było wynegocjować do dziesięciu zwykłych karteczek!

Takie wspomnienia z dzieciństwa…

Dziś, dziewczyny i chłopaki z mojego osiedla sami zostali rodzicami. Większość z nich zapomniała, że dzieciństwo to przede wszystkim zabawa! Czas kryjówek i strzelanin z procy. Potrzeba ciągłego ruchu i swobody! Budowania prawdziwych, pierwszych relacji…w tym oprócz przyjazni, także sprzeczek i wspólnych negocjacji. I choć potencjalne zagrożenia zostały zmniejszone do minimum, to osiedlowe podwórka dawniej wypełnione okrzykami i odliczaniem: “Pałka, zapałka dwa kije. Kto się nie schowa ten kryje!”, dziś świecą pustkami. W najlepszym przypadku, nad głowami Dzieci sterczą nadgorliwi rodzice, którzy na przemian strofują: “uważaj!”, “poczekaj”, “nie wchodz”, “zaraz spadniesz!”. 

Wspólna, beztroska zabawa przegrywa coraz częściej ze światem interaktywnym lub z wygórowanymi ambicjami opiekunów..

Temat naszego dzieciństwa od jakiegoś czasu coraz bardziej ekscytuje nie tylko moich rówieśników ale jest też jednym z najciekawszych tematów rozprawek współczesnych socjologów. Wszak różnica pomiędzy sposobem spędzania czasu naszego dzieciństwa i aktualnego lifestyle’u naszych Dzieci jest diametralnie różna. Spotkałam się niedawno z moją podwórkową przyjaciółką (taką z serii: “przyjaciółki na zawsze i od serca”). W trakcie spotkania jak to wiadomo szybko zeszło na pracę, dom, dzieci…i wspomnienia. Nie mogłyśmy opanować śmiechu na samą myśl o historiach zaczerpniętych wprost z naszego osiedla. Miałam wtedy wrażenie, że te całe szare bloki tętniły życiem. Dzieciaki biegały między piętrami aż miło! Mama-Rafała, Mama-Karoliny, Mama-Magdy każdy odwiedzał każdego! I nie pamiętam takiego momentu, w którym któreś z nas powiedziało: “Mammmo nudzi mi się”, bo nudy nie było! Do świetnej zabawy wystarczyła nam guma do skakania, deska do gry w palanta albo piłka do dwóch ogni. Pamiętacie  te wszystkie kolekcje widokówek, karteczek czy pocztówek ze zwierzętami. To była dopiero prawdziwa podwórkowa waluta! Królem osiedla była Magda – dumna posiadaczka całej kolekcji okładek notesikowych. Ależ my jej wtedy wszyscy zazdrościliśmy!!!

A dzisiaj? Aż by się chciało krzyknąć: Ludzie, wypuście Dzieciaki z domów! Wolne i kreatywne! A jest jeszcze nadzieja, że chwycą za piłkę i zaczną grać a już napewno wpadną na znacznie ciekawszy i zdrowszy sposób spędzania czasu aniżeli rozkminki nad Minecraftem. Na wypadek gdyby pomysłu na zabawę jednak nie znaleźli, to przygotowałam dla Was listę 5 zabaw z naszego dzieciństwa, cobyście sobie przypomnieli jak fajnie było na podwórku!

WIDOCZKI

Zwane też SEKRETAMI. Zabawa typowa szczególnie dla żeńskiej części podwórka. Widoczki to nic innego jak piękny witraż stworzony z liści, kwiatów, szyszek i wszystkich innych dostępnych darów przyrody, które kładło się w dole, przykrywało się szkłem i zasypywało ziemią. Cała radość polegała na odnajdywaniu i odsypywaniu sekrecików kolejnego dnia…

PODCHODY

Najlepsza zabawa pod słońcem! Skupiała wokół siebie dwie grupy osiedlowych gangów (najczęściej dziewczyny kontra chłopacy) Potrzebne: kreda, patyki lub kamienie. Zabawa polegała na chowaniu się jednej drużyny przed drugą, przy czym ta pierwsza pozostawia po sobie ślady w postaci strzałek narysowanych na ziemi lub drzewach. Z czasem do zabawy dołączyliśmy Woki Toki  i to już była genialna frajda!

KAPSLE

To jedna z ulubionych rozrywek naszej bandy! Najpierw należało sporządzić tor, który wytyczało się szorując przez piach ustawioną w poprzek stopą. Szerokość toru uzależniona jest od ilości uczestników – im więcej graczy, tym szerszy powinien być tor. Zaznaczamy linię startu i linię mety a pomiędzy nimi może „dziać się” wszystko tzn. tor może zakręcać, można robić nasypy i wyrzutnie z piasku, przeszkody z gałęzi, kamieni lub zbiorniki wodne (dołek w ziemi zabezpieczony folią i wypełniony wodą albo zwykła kałuża).
Ustawiamy kapsle na starcie, jeden obok drugiego, wierzchnią stroną na spód i pstryknięciem w falowany bok kapsla przesuwamy się do przodu. Pstrykamy na zmianę i w ten sposób ścigamy się do mety. Wypadnięcie poza linię toru oznacza stratę kolejki. Wygrywa ten gracz, którego kapsel jako pierwszy przekroczy linię mety.

KLASY

Na betonie rysujemy 6 takich samych kwadratów a na końcu półokrąg. Następnie wypełniamy pola cyframi od 1 do 7. Grę rozpoczyna osoba, która jako pierwsza trafi kamykiem na pole oznaczone 1. Zadanie jest jednak utrudnione: kamyk należy trafić do pola z pozycji ustawionej “tyłem” do klasy. Osoba której uda sić trafić, może zaczynać. Odtąd ta osoba skacze na jednej nodze po wszystkich polach. Na polu podwójnym – staje w rozkroku.Podczas skakania nie można się zachwiać i absolutnie stanąć na lini, wówczas jest skucha! Po zaliczonej pierwszej rundzie, należy kamyczkiem trafić na pole z “2”i tak dalej. Wygrywa osoba, która zakończy cały tor jako pierwsza.

RAZ, DWA, TRZY – BABA JAGA PATRZY!

Jedna osoba jest Babajagą, pozostali stoją w wyznaczonym linią miejscu. Babajaga jest odwrócona tyłem i ma zakryte oczy swoimi rekami i powtarza slowa raz ,dwa, trzy, babajaga patrzy. W tym czasie wszyscy biegną w jej stronę. Babajaga po tych słowach odwraca się! A my musimy w tym czasie zatrzymać się w miejscu, do którego udało nam się dobiec i stać nieruchomo.
Babajaga chodzi i patrzy, czy nikt się nie rusza (może też rozśmieszać nieruchomo stojące dzieci). Ten, kto się poruszy, idzie na początek za linię a reszta pozostaje na swoim miejscu.
Babajaga znów wypowiada słowa raz, dwa, trzy, babajaga patrzy. Ten, kto pierwszy dobiegnie do Babyjagi wygrywa i staje się Babajagą!

I na litość nie bójcie się, że Dzieci zrobią sobie krzywdę!! Świat nigdy nie był tak bezpieczny jak teraz. A gdyby zdażyło się, że któreś dziecko zostanie narażone na zmiany skórne związane z aktywnością, warto mieć zawsze pod ręką Fastum Junior – szybko wchłaniający się żel o naturalnym składzie, który działa kojąco oraz zapewnia skórze uczucie ulgi i komfortu. Wiecie doskonale, że nigdy na blogu nie polecam produktów typu: lekarstwa czy suplementy diety ale tym razem Fastum Junior jest moim osobistym odkryciem, który w przypadku moich “nad-aktywnych” Chłopaków, sprawdza się rewelacyjnie.