Wspominałam Wam na profilach społecznościowych, że ostatnimi czasy nie czułam się najlepiej. Zaczęło się niewinnie – ot, zwykłe przeziębienie załapane od Chłopców. Po dwóch tygodniach doszła angina, podleczona antybiotykiem od pediatry, który przepisał mi lekarstwo „przy okazji” w trakcie badania Dzieci. Wciąż czułam się jednak osłabiona, doszedł uporczywy kaszel, gorączka i tzw. ucisk w klatce piersiowej. Kiedy w końcu znalazłam odrobinę czasu i trafiłam do lekarza – okazało się, że od dłuższego czasu nieświadomie zmagam się z zapaleniem płuc, mam fatalne wyniki krwi a konsekwencje mojego braku czujności, mogą być opłakane jeśli w końcu nie zadbam o zdrowie.

 

c

 

Ten kubeł zimnej wody był mi potrzebny! Spanie po 3 do 4 godzin na dobę, nieregularne posiłki i nieustający pęd dnia codziennego.To wszystko musiało wreszcie dać o sobie znać.

Mam już tak po Tacie. On również zawsze czuje się dobrze, nigdy na nic się nie uskarża i dbając o wszystkich, nigdy nie myśli o sobie.

Sprawy jednak zaszły na tyle daleko, że musiałam przyznać głównie sama przed sobą –  oj…nie tędy droga.

Bo gdy przekroczysz zaledwie 28 lat a czujesz, że nie ma w Tobie tej energii co niegdyś, to oznacza że trzeba coś naprawić…

I kiedy wpadła mi w ręce książka: „Na zdrowie!”, pomyślałam: „No tak, znowu na okładce: pomarańcze, kiwi i siemię lniane…to wszystko już wiem. Czeka mnie kolejny zbiór banałów”.

Nie lubię książek stricte medycznych. Co więcej, nie przepadam za książkami napisanymi przez lekarzy  czy innych specjalistów.

Nie zrozumcie mnie, zle ale gdy człowiek spędzi połowę swojego życia nad zagadnieniami odległymi zwykłemu człowiekowi jak stąd do księżyca, to ciężko jest się Jemu raptem  przestawić i zamiast napisać czarno na białym co z czym się je, będzie wolał rozdrabniać się nad zjawiskami, które wg. Niego są tego warte.

To samo miałam na piątym roku studiów. Gdzie spędzając długie godziny nad literaturą obcą, z czasem łapałam się na tym że zaczynam nawet myśleć po angielsku…

Książka „Na zdrowie!” wyróżnia się pod tym względem na tle podobnych pozycji.

Myślę, że to zasługa duetu autorów: Lekarza i Trenera Biznesu. To, co dr Jan Pokrywka chciał nam przekazać, Pan Filip Żurakowski ubrał w język zrozumiały i bardzo przystępny.

Znalazłam tutaj cały szereg informacji dotyczących domowych sposobów dbania o zdrowie, teorii popartej przykładami i szeroką listę przepisów na lekarstwa domowej roboty – których jestem gorącą orędowniczką: „Nie daj się grypie”.

Podręcznik przemówił do mnie jednak z innego powodu. Autorzy są bowiem zdania, że stan naszego zdrowia jest ściśle powiązany ze stanem ducha, co uważam za punkt wyjścia do wszelkich zmian.

Czasy w których żyjemy, niosą za sobą szereg cudownych możliwości i pięknych perspektyw, narażając nas niestety na wiele pułapek i chorób cywilizacyjnych.

Ta książka opowiada właśnie o człowieku XXI wieku. Nastawionego na sukces a jednocześnie dbającego o zdrowie, bez którego to pierwsze również się nie uda.

W bardzo nienatrętny sposób opisuje kilkanaście sposobów na zwiększenie  wydajności, kreatywności i sił witalnych każdego dnia.

Wszyscy chcemy:

–   wyglądać dobrze

–   czuć się jeszcze lepiej

–   osiągać wyznaczone cele

W końcu ktoś w jednym miejscu, kompleksowo odpowiedział na pytanie nurtujące nas wszystkich: „Jak żyć i być szczęśliwym?”.

Czytając, kilkakrotnie przerywałam lekturę, bo książka w wielu punktach skłania do refleksji i przemyśleń. Na marginesach spisywałam zasady, które muszę wprowadzić w codzienność, nie tylko swoje ale całej Rodziny.

Dawno nie czułam się tak zmotywowana i rozsądnie zachęcona do zmian w swoim życiu.

A przecież na tym zależy wszystkim –  aby żyło się lepiej!

Więcej o książce: TUTAJ