Z jednej strony wiedza przeciętnego konsumenta z zakresu żywienia przez ostatnie lata znacznie wzrosła, coraz więcej wiemy o zdrowej żywności i częściej kupujemy świadomie… Z drugiej strony wciąż zastanawiam się co mają w głowie rodzice serwujący swoim dzieciom zestaw „happy meal” w porze obiadowej czy też wynagradzający wszelkie niepomyślności słodkim batonikiem.

Opowiem Wam o pewnym incydencie…Przeciętnie raz na pół roku zgłaszał się do mnie producent popularnego soku dedykowanego dzieciom z prośbą o podjęcie współpracy. Bezskutecznie. Kiedy wreszcie za trzecim razem podjęłam dialog w którym szeroko objaśniłam dlaczego nigdy nie zareklamuję produktu, który: a) szkodzi b) sama nigdy bym go nie kupiła c) jego kampania marketingowa opiera się na nieprawdzie…Otrzymałam od nich listę certyfikatów, „niezależnych opinii”i badań a na koniec pismo od samego dyrektora generalnego…ale tutaj już z sugestią o nienagłaśnianie tematu. Zastanawiałam się nawet czy ze względu na upór maniaka firmy nie opublikować korespondencji i dialogu, który podjęliśmy. Ostatecznie ceniąc swój spokój postanowiłam tego nie robić. Cała historia nasunęła mi jednak do głowy ten oto artykuł, aby uświadomić także moim Czytelnikom, że to co słyszą i widzą w kolorowych reklamach telewizyjnych, nie zawsze ma przełożenie na stan faktyczny.

O pomoc poprosiłam specjalistę ds. żywienia dietetyk Natalię Bobowik.

Pani Natalio, to jak jest z tymi etykietami? Czy trudno jest zrozumieć wszystkie symbole?

Może trudno nie jest, bo wystarczy tak naprawdę nauczyć się nazw substancji, których należy unikać, aczkolwiek producenci robią co mogą aby nas zmylić. Czasem używają symbolów z E… a czasem nazw spożywczych dodatków do żywności. Ponadto zmieniające się szaty graficzne opakowań coraz bardziej zachęcają do kupienia nawet bardzo niezdrowych rzeczy.

W takim razie jakie nazwy warto zapamiętać?

Hmm, ja zawsze patrzę na kilka rzeczy. Po pierwsze cukier i syrop glukozowo-fruktozowy. Dla mnie to zmora naszych czasów. Cukier to powiedzmy, „mniejsze zło” w porównaniu z syropem, ale jest dodawany w bardzo dużych ilościach do żywności.

Spójrzmy na przykładowy produkt: napój wieloowocowy. Zawartość cukru w 100 ml= 11g. W opakowaniu 300 ml daje nam to 33g cukru czyli ponad 3 duże łyżki lub 6 małych łyżeczek na 1 butelkę produktu. Idźmy dalej, jogurt pitny o smaku truskawkowym: 12 g cukru w 100 g produktu. W opakowaniu 400 g znajdziemy więc 48 g cukru czyli prawie 5 łyżek lub 10 łyżeczek…

To rzeczywiście bardzo dużo. A co z tym syropem?

Syrop glukowozo-fruktozowy (SGF) coraz częściej zastępuje cukier w produktach, gdyż o wiele tańszy i łatwiejszy w użyciu. A podstępnym chwytem marketingowym producentów jest to, że piszą, że produkt nie zawiera konserwantów oraz że ma 0% tłuszczu, podczas gdy znajdziemy syrop glukozowo-fruktozowy w składzie na 1 lub 2 miejscu. Mamy wrażenie że kupujemy zdrowy produkt lub produkt light, a tak naprawdę jedna „chemia” została zastąpiona drugą.  SGF posiada o wiele gorsze właściwości niż sacharoza, czyli standardowy cukier. Jest zupełnie inaczej metabolizowany –  bardziej obciąża wątrobę, zmniejsza ilość hormonu regulującego uczucie sytości (przez co sprzyja przejadaniu się), podwyższa poziom triglicerydów. Negatywne oddziaływania można mnożyć. Syrop znajdziemy w sokach owocowych, jogurtach, serkach, lodach,  płatkach śniadaniowych, a nawet w ketchupie czy chlebie, dlatego tak ważne jest czytanie i rozumienie etykiet.

No dobrze, na co jeszcze warto zwrócić uwagę?

Na pewno na rodzaje tłuszczów i olejów jakie są ukryte w żywności. Mam na myśli głównie oleje utwardzone lub uwodornione. Te określenia trzeba zapamiętać, bo tak są wymieniane na opakowaniach: oleje roślinne częściowo utwardzone lub uwodornione. Są one o wiele gorsze niż tłuszcze zwierzęce, takie jak masło czy nawet smalec. Bardziej sprzyjają miażdżycy i chorobom serca. Są one używane w niektórych margarynach i masłach roślinnych,  w słodkim pieczywie, czekoladach, lodach i innych słodyczach, czyli produktach, których i tak powinniśmy unikać.

A co Pani powie o konserwantach w żywności o których tyle się słyszy?

Myślę, że tu warto zapamiętać dwie nazwy najczęściej używanych konserwantów: sorbinian potasu i benzoesan sodu. Ich symbole to odpowiednio: E202 i E211.  Celem ich stosowania  jest powstrzymanie rozwoju grzybów, pleśni i bakterii w żywności. Konserwanty sprawiają, że jedzenie ma przedłużona trwałość- cel całkiem słuszny. Ale… mam wrażenie że do opinii publicznej trafiają niepełne informacje. Mówi się nam, że normy na stosowanie konserwantów są ściśle przestrzegane oraz, że spożywanie ich w wyznaczonych granicach nie pociąga za sobą niebezpiecznych dla zdrowia skutków. Wiemy, że np. sorbinian w nadmiernej ilości powoduje wysypki, alergie i zakłóca pracę przewodu pokarmowego. Ale pytanie, co to znaczy nadmierna ilość?  Okazuje się, że europejskie limity na konserwanty wcale nie są bezpieczne. Przez wypicie litra soku z konserwantem, zjedzenie gotowej sałatki (zawierają i bensoesan i sorbinian), kanapki z gotową pastą kanapkową i wędliną (zawsze znajdą się takie, w których znajdziemy konserwanty) znacznie przekracza dopuszczalna normę. Osobiście bardzo przestrzegam przed tymi substancjami – coraz częściej mówi się o ich działaniu rakotwórczym. Uważam, że warto poświęcić trochę czasu na przygotowanie zdrowej sałatki czy pasty na kanapki i przeczytanie składu wędliny czy sera w sklepie zamiast faszerować się nie do końca zbadaną chemią.

A zatem negatywnie ocenia Pani stosowanie tych ulepszeń żywności?

Zdecydowanie tak. Przede wszystkim dlatego, że ulepszanie nas rozleniwia. Po co robić naleśniki skoro można je kupić? To nic, że mają trochę chemii. Komu chce się przygotować twarożek z rzodkiewką, skoro taki sam stoi na półce w sklepie? Jeśli chodzi o jogurty i serki owocowe, to mają one tyle cukru, że spokojnie zamiast tego moglibyśmy jeść na śniadanie batona. Nasze społeczeństwo jest uzależnione od cukru. Znam niewiele dzieci, którym rodzice dają jogurt naturalny z owocem, za to dzieci zajadających się waniliowymi i czekoladowymi serkami jest mnóstwo. Myślę, że do częstego występowania alergii i dzieci i dorosłych może przyczyniać się nie tylko skażenie środowiska, ale łatwo dostępna gotowa żywność, pełna dziwnych dodatków. Nie budujemy swojej odporności jogurtami, kefirami czy owocami i warzywami, a sięgamy po to co słodkie i pachnące.

Oczywiście generalizuję. Wiem, że są też ludzie, którzy starają się zdrowo odżywiać. I wcale nie jest ich coraz mniej. Tylko czasem mam wrażenie, że giną w tłumie ludzi ciągle gdzieś goniących, jedzących w pośpiechu gotowe dania…

 

REASUMUJĄC:

*    Nigdy nie kieruj się sloganem: „fit”, „0% tłuszczu”, „zero cukru”, „bez konserwantów”, „zdrowe”.

*    To oczywiste, że najczęściej kupujemy, mówiąc kolokwialnie „na oko” warto zaznajomić się z zalecaną dzienną dawką spożycia poszczególnych składników, wówczas przedstawione ilości na opakowaniu skutecznie nas zniechęcą do kupna lub tez odwrotnie.

*     Pamiętajmy, że kolejność składników na opakowaniu nie jest dowolna.  Zgodnie z przepisami producent musi zacząc listę składników od tego którego jest najwięcej i skończyć na tym, którego jest najmniej.

*     Firmy doskonale widzą jak uzależnić swoich potencjalnych klientów: prezenty, bonyna kolejny zakup, miejsca zabaw. Nie dajmy się zwieść pozorom…

*     Unikajmy przede wszystkim: GMO, barwników (szczególnie czerwonego), konserwantów i wzmacniaczy smaków.

 

UWAGA!  Jeśli czyta mnie ktoś, kto właśnie zastanawia się nad nowym start-upem, cudownym rozwiązaniem wydaje się aplikacja umożliwiająca poprzez skan kodu kreskowego danego produktu uzyskanie informacji czy dany produkt zalecany jest do spożycia, w jakich ilościach i dla kogo. A także jego pozycja w rankingu zdrowotności na tle konkurencji. Wspaniałe prawda? Wpadłam na to dzisiaj. Taka aplikacja ułatwiłaby z pewnością nie tylko moje zakupy. Programiści do dzieła!

 

czytaj etykiety

czytaj etykiety

czytaj etykiety

czytaj etykiety

 

 

fot. M. Ciucias